wtorek, 24 maja 2016

Wojciech Altmajer i jego miejsce na ziemi



Lato nad rozlewiskiem


Do wizyty u autora książki Terra Nulla o wodzu Warmów, Glappie – Wojciecha Altmajera – który osiadł był na południowym skraju rozlewiska w Dziuchach (inaczej Jaśniewie, a oficjalnie w Nowym Przykopie), przejąwszy po poprzednich gospodarzach stare siedlisko z murowanym domem z czerwonej cegły, zabudowaniami gospodarczymi i kolekcją głazów narzutowych, namówiła mnie pani Elinka Różańska. 

Siedlisko nad rozlewiskiem

Zostałem przywitany przez dwa przyjaźnie usposobione psy. Gospodarz przyjął mnie przed gankiem wypełnionym starymi meblami i książkami. Popatrzywszy na jego sylwetkę, pomyślałem, że przypomina mi bieszczadzkich pionierów, którzy ulegli w latach sześćdziesiątych propagandowemu mitowi zdobywców dzikiego zachodu i porzucili dobrze zapowiadające się kariery naukowe w Wyższej Szkole Rolniczej w Poznaniu, by przenieść się do zapomnianej przez ludzi i Boga wsi nad Sanem, kilkanaście kilometrów od Soliny i Polańczyka.
Kiedy rozpoczęto budowę zapory i poziom wody w starym korycie Sanu zaczął zagrażać gospodarstwu, właściciel siedliska podjął karkołomny wysiłek przeniesienia na własnych plecach rozebranych na elementy zabudowań na pobliskie wzgórze. Teren był tak trudny, że nawet ciągniki nie dawały rady. Pomagał mu w tym brat, który zachorował na gruźlicę i któremu lekarze w Poznaniu – wtedy – dawali już tylko kilka miesięcy życia. Za namową starszego przyjechał w Bieszczady, wziąwszy do serca niezwykłą radę:
- Przyjedź. Jeśli umrzesz, to z pięknym widokiem przed oczami.
Gdy owych braci, wspólnie gospodarujących w obejściu przeniesionym na wzgórze, spotkałem tuż po zalaniu całej niecki Zalewu Solińskiego (w 1972 roku), dopłynąwszy kajakiem, by zaopatrzyć się produkty spożywcze, młodszy przeżył zaplanowaną śmierć już o 10 lat. Był ode mnie dwa razy szerszy w barach. Po chorobie został ślad zapadniętej klatki piersiowej na łączeniach żeber. Bieszczady przywróciły mu siłę i witalność.

Ot przydługa dygresja, zamiast banalnego opisu rozmówcy. Po prostu po niektórych ludziach widać, że ich życie to nie korporacyjna jest bajka i celebrytoza. To o wiele poważniejsze przedsięwzięcie.

Północna część rozlewiska

Cała nasza rozmowa krążyła wokół rozlewiska, o którym napisałem kilka miesięcy wcześniej. W latach osiemdziesiątych też było suche. Środkiem przebiegał rów melioracyjny, który odprowadzał wodę przez Nowy Przykop do Nowej Wsi, a stamtąd strumieniem rozgraniczającym Przykop i Kopanki do Jeziora Łajskiego. Dnem rozlewiska okazała się łąka a dalej głębokie torfowisko. Po zamuleniu odpływu nieckę zaczęła wypełniać woda spływająca z terenu Pokrzyw i sąsiadującego lasu, a także z helokrenowych źródeł u podnóża łagodnych wzgórz otaczających dolinkę od południa i zachodu. Kurzawka okazała się tak wydajnym źródłem, że przez wiele lat, nawet podczas najcięższych zim, lód nie mógł tutaj skuć powierzchni wody. Miejsce było przez pewien czas zimowym schronieniem zimorodków, które mogły liczyć na cierniki i narybek innych gatunków zasiedlających toń.

Susza nad rozlewiskiem

Gospodarz opowiadał o jeziorze, które – tak jak myślałem – okazało się przyrodniczym ewenementem. Dzisiaj jednak zniknęło. Z powodu trwającej już trzeci rok suszy źródła wyschły, a skąpe deszcze nie wyrównały nadmiernego parowania. Tam, gdzie kwitły białe grzybienie, zobaczyłem suche dno pokryte trawą, chwastami i pierwszymi kępami żółtych kosaćców. Druga część rozlewiska, z dala od zabudowań, jest torfowiskiem, na którym rosną rosiczki, mech torfowiec, żurawina i mnóstwo innych bagiennych roślin. 

Tak było - najpiękniejsza fotografia Altmajerówki

Póki była woda, przebywały tutaj białe i szare czaple, kormorany, łabędzie nieme i krzykliwe, czarne i białe bociany, kury wodne, kokoszki, perkozy i perkozki, kaczki prawie wszystkich gatunków spotykanych w Polsce od cyranek począwszy na szlacharach i płaskonosach skończywszy, wędrujące gęsi… 

Łabędzie i brzezina

Wojciech Altmajer wymieniał nazwy coraz bardziej egzotycznych gatunków, utwierdzając mnie w przeświadczeniu, że miejsce to zasługiwało i nadal zasługuje na szczególną ochronę. Półwysep wcinający się między północną i południową część rozlewiska był miejscem gniazdowania czajek, sieweczek rzecznych, rybitw, brodźców. Przelotem odwiedzały rozlewisko… bataliony. Widział też orły, błotniaki, kanie rude i inne skrzydlate drapieżniki. 

Przypadek rządzi

Sam prowadziłem przez Internet pogaduszki z ornitologami, którzy chcieli uzyskać potwierdzenie, że obserwowałem tutaj łabędzie krzykliwe i białe czaple. Wojciech Altmajer stwierdził, że jeszcze dwa lata wcześniej łabędzie krzykliwe odchowały trójkę młodych. 

Młody się budzi

Na jego oczach wyginęła natomiast rodzina łabędzi niemych, która dochowała się pięciu piskląt, lecz po śmierci jednego z rodziców, drugi już nie zdołał ochronić ostatniego lęgu. Moje zdjęcia z półwyspu okazały się prawdopodobnie ostatnimi, w których zarejestrowałem szczęśliwe chwile tej niezwykłej pary ptaków…

Lato w Jaśniewie

Wejście na salony

Rozmowa odsłoniła przede mną kolejny uboczny aspekt mojego blogowania o pograniczu Warmii i Mazur. Ujawniając piękno tego cichego zakątka, przyczyniłem się do tego, że gospodarstwo Altmajerów zaczęli nachodzić przygodni poszukiwacze łatwych wrażeń. Jakiż musiał być ich zawód, gdy zobaczyli jedynie wyschniętą łąkę i jakieś babrzysko w drugiej części rozlewiska. 




Portret

Dzisiaj zdjęcia, które zamieściłem na blogu, są nie do powtórzenia. Zanim do zakątka, gdy wypełni się wodą, ponownie wróci życie, upłynie wiele lat. To ptaki muszą przynieść na łapach i piórach nową ikrę, nasiona, skrzek…









Gody na rozlewisku

Piękno Warmii nie jest łatwe. Ktoś, kto liczy na spektakularne wrażenia za dnia, nie ponosząc przy tym wysiłku, dozna zawodu. Prawdziwe przeżycia wymagają poświęcenia snu, wędrówki, ciszy, skupienia, wejścia do mateczników, gdzie nic nie jest ani proste ani przyjemne. Warmia i Mazury nie są obdarzone krajobrazem o łatwej i miłej oku estetyce. Bez znajomości historii tego regionu, bez wyczucia podskórnej dramaturgii wydarzeń wywracających utrwalony przez wieki porządek egzystencji, nie sposób pojąć jego wielowątkowego i wielopłaszczyznowego piękna. Sam nie jestem pewien, czy w ogóle mam prawo mówić o sobie: - Znawca. 

Egzotyczne klimaty

Ponownie więc stanąłem przed dylematem, co i jak pisać, aby, oddając urodę enklawy i jej przyrody, nie narażać jej na najazd Hunów, którym wydaje się, że świat natury jest tak piękny, jak jego wyidealizowane wyobrażenie utrwalone na kolorowych zdjęciach, oglądanych na ekranie komputera, iPoda, telefonu komórkowego – bez refleksji, iż są owocem mozolnych wędrówek na przestrzeni wielu lat. Którzy sądzą, że dzikie zwierzęta  są już nieomal tak oswojone jak udomowione psy i koty. 

Zmora rozlewiska

Zdjęcia nie oddają znużenia, zapachu przepoconego ciała, bólu zadawanego przez kąsające owady, gróźb zdesperowanych loch, gotowych na wszystko w obronie młodych, pułapek na mokradłach czy w rzekach, całego spektrum męczących przeżyć, prowadzących w rezultacie do pełnych treści fotografii. Bez tego sztafażu zapamiętanych wrażeń zdjęcia mają jedynie wartość estetyczną albo biją po oczach spektakularnym obrazem.

Krople

Rozmowy z Krzyśkiem Leśnym Mikundą, Piotrkiem Różańskim z nadleśnictwa w Nowych Ramukach, a teraz z Wojciechem Altmajerem, próbującym spojrzeć na przyrodę oczami Prusów, uświadomiły mi, że zdradzając położenie opisywanych przez siebie mateczników, narażam ten piękny świat na strach wnoszony przez ludzi, którzy nie potrafią lub nie chcą uzmysłowić sobie, że prokreacja i przetrwanie dzikich zwierząt zależy od… świętego spokoju i czystości otoczenia.
Ludziom na urlopie czy podczas polowania chodzi w końcu tylko o chwilową przyjemność i zaspokojenie doraźnej ciekawości, zwierzętom zaś idzie o… życie.

Mikrokosmos rozlewiska

Z jednej strony chciałbym więc dać świadectwo swojemu zauroczeniu tą krainą, z drugiej jednak dostrzegam coraz bardziej owe niepokojące cienie swojej literackiej i fotograficznej aktywności. Jak znaleźć równowagę między opiewaniem piękna tych miejsc, a koniecznością ich uchronienia przed ludyczną penetracją? Wydaje się, że jedyną lecz mozolną drogą jest powszechna edukacja, której celem jest uświadomienie nam wszystkim, że na Ziemi nie jesteśmy sami i że świat wokół nie jest nam dany na własność i w nieograniczone władanie. Ta świadomość upowszechni się jednak za pokolenia, gdy nasi następcy zrozumieją, w jak ograniczonym środowisku egzystują. Jeden z najgenialniejszych fizyków XX wieku, zajmujących się fizyką kwantową, Max Planck, mawiał, że:
- Nowe idee przyjmują się nie dlatego, że ludzie je zrozumieli, lecz dlatego, że starzy wymierają, a młodzi są gotowi przyjąć je za swoje.

Dzisiejsi użytkownicy rozlewiska

Być może jedną ze ścieżek zrozumienia owej idei jest wymagające krytycyzmu i wszechstronnego namysłu spojrzenie na otaczający nas świat przez wizjer aparatu fotograficznego. Krzysztof Mikunda wie, o czym mówię. Już niejedną młodą słuchaczkę i niejednego młodego słuchacza swoich wystąpień skierował na tę ścieżkę.


6 komentarzy:

  1. Cokolwiek napisałbym w komentarzu i tak nie odda tego co otrzymuję czytając Pana posty. Po prostu dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cokolwiek napisałbym w komentarzu i tak nie odda tego co otrzymuję czytając Pana posty. Po prostu dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję, Panie Mariuszu. Zaś by aż tak?

    OdpowiedzUsuń
  4. Piotr, gdy pominę fragmenty, w których "padam", mogę z czystym sumieniem napisać, że tekst jest doskonały! Jestem w posiadaniu zdjęć pary krzykliwych z tego akwenu ... jakby co. Mam wiele innych fotek, wielu gatunków ptaków. Twój post, że wrócę do adremu, ach, no co tu dużo gadać - pochłaniam!

    OdpowiedzUsuń