poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Takie rzeczy tylko w Przykopie


Takie rzeczy tylko w Przykopie


I.             Spotkanie z jeleniami

Wiosna w Przykopie ma to do siebie, że wiesz, kiedy przyszła, choćbyś nie widział żadnych oznak. Ledwo otworzyłem oczy, ledwo usłyszałem klangor żurawi, wiedziałem, że muszę pójść na łąki za płotem. Depcząc wszędobylski szron, wyszedłem z zagajnika nad staw wypełniony po brzegi wodą. Para kaczek wystartowała spod zarośli, wrzasnęła i umknęła nad kępy łozy w oddali, zostawiając szybko zamierającą falę. Na pagórku po prawej pasły się sarny. Gryzły oszronioną oziminę. 

Zamierzałem do nich podejść, lecz kątem oka zobaczyłem obiecujące kształty pod słupem linii energetycznej. Słońce co prawda już się skradało za ścianą lasu od strony Kopanek, lecz w dolince zalegał jeszcze cień. Kształty się poruszyły. Na ekranie wyświetlacza zobaczyłem łanie. Za mozaiką bezlistnych gałązek dostrzegłem jeszcze jakieś kontury. Czyżby chmara?


Zostawiłem sarny samym sobie i poszedłem drogą do leśniczówki. Z nadzieją, że podejdę do jeleni osłonięty zagajnikami i pagórkami. Droga była rozjechana. Mokra zima sprawiła, że ciężkie maszyny grzęzły w błocie po osie. Ktoś zasypał najgorsze fragmenty gruzem. Rowerem nie pojedziesz. Piechotą mozolnie. Samochodem już się nie odważę. Brnąłem ku ulubionym brzozom przez zamarznięte koleiny. 




Fotografowałem rozśpiewane kosy, trznadle, czyże, sikory… Drzewa w oddali przybrały odcienie złotej godziny. Mróz mroził. Oszroniona trawa i nawłoć szeleściła pod stopami. Warstewka lodu zdobiła niezmącone lustra przydrożnych stawów i kałuż…

Pod leśniczówką


Za kamertonową brzozą i gospodarstwem w zagajniku starych drzew ponownie zobaczyłem jelenie. Szły za drewutnią. Były oświetlone. Fotografowałem raz za razem. Widok zdał się nierealny. 



Licówka wiodła grupę wierzchołkami pagórków w kierunku leśniczówki w Nowym Przykopie. Kiedy zniknęły za gałęziami, przyspieszyłem kroku. Minąwszy krzyżówkę polnych dróg, wypatrzyłem przerwę w ścianie drzew z widokiem na grzbiet pagórka. Chmara szła szeregiem ku dolince pod leśniczówką i do kępy starych topól porażonych jemiołą. 
Leśniczówka w Nowym Przykopie

Pod osłoną zarośli skradałem się ku kemowi, wzgórzu w kształcie regularnego stożka. Jelenie zdążyły przejść przez drogę i skryły się za łozą nieopodal zmurszałej ambony. Klangor żurawi dobiegał ze wszystkich stron. Zagłuszał moje kroki. Złapałem obiektywem ostatnie łanie, zanim się schowały w mierzwie gałęzi.


Wszedłem na stożkowe wzgórze. Przez mozaikę gałązek i konarów wypatrzyłem kontury zwierząt. Skupiły się na łące pod ścianą pokrzywniańskich olch. Pomyślałem:
- To jest to, o co chodzi.
Szukałem dogodnego podejścia. W końcu wypatrzyłem lukę między gałęziami. Stado obserwowało każdą stronę swojego otoczenia. Chyba mnie nie dostrzegło – słońce miałem za plecami.



Po kilkudziesięciu zdjęciach zszedłem nad wypełniony nareszcie wodą a nie błotem staw pod leśniczówką – miejsce, w którym miałem okazję zrobić chyba najpiękniejsze obrazy okolic Przykopu. 


Skradając się pod osłoną przydrożnych krzaków i drzew, dotarłem do miejsca, skąd mogłem zajrzeć w perspektywę łąki. Jelenie schodziły już jednak za grzbiet pagórka. Patrząc na ich głowy wystawione nad linię oszronionej trawy, zacząłem powątpiewać, kto z kogo bardziej stroi żarty. Zwierzęta odeszły między lipy, olchy i graby zagajnika.


II             Altmajerówka




Postanowiłem więc zobaczyć rozlewisko w Altmajerówce. Minąwszy leśniczówkę, zszedłszy drogą w szpalerze świerków, podkradłem się pod osłoną sosen do brzegu mokradła. Miałem nadzieję spotkać jakieś zwierzęta. Było jednak pusto. Woda wypełniła południową część zatoki, podtapiając wyschnięte kępy zarośli. Kilka lat wcześniej fotografowałem w tym miejscu parę łabędzi krzykliwych. Ptaki pozowały w tumanach tańczącej nad rozlewiskiem mgły. Dzisiaj nie było magii. Wody wciąż za mało. Puste łąki osrebrzył szron. Trawa zalegała całą powierzchnię zmierzwionym i zmacerowanym dywanem. Wegetacja jeszcze nie ruszyła.





Podszedłem do brodu oddzielającego południową część rozlewiska od skrytej w lesie i zarośniętej rozległymi kępami łozy zatoki. Spod samotnej sosny na podwyższeniu półwyspu fotografowałem dzikie kaczki, łyski i gągoły uwijające się w zaroślach. Pod lasem krzyczały żurawie. Chyba założyły gniazdo w wyschniętych szuwarach. Czajki krążyły nad taflą wody, roznosząc śpiewne krzyki. Wiosna była nadal surowa. Ale to światło, przymrozek, koncert, ruch… – wszystko ożywiało zmysły.



III            Żurawie i bociany


Wracałem przez pola. Najpierw obok stawu wypełniającego podmokłą wnękę w zagajniku brzóz, wierzb, olch, jesionów. Po tafli pływały gągoły. Nie wytrzymały jednak mojej obecności i poderwały się do ucieczki. Panoramowanie nie wyszło. Zamieszczam – liczy się scena. Dynamiczna.




Za stawem wspiąłem się na pagórki. Słońce świeciło na dobre. Rozpiąłem kurtkę mimo trzymającego mrozu. Dolinki otwierały jeszcze surowe wnętrza. Stawy błyszczały między krzakami i łąkami. Przechodziłem przez błotniste strumienie. Omijałem kretowiska. Kierowałem się klangorem żurawi. Dostrzegłem je daleko. Wybierałem zagłębienia terenu, by podejść jak najbliżej. W końcu wychyliłem się nad krawędź wierzchołka pokrytego badylami wyschniętego wrotyczu. Słońce za plecami, łodygi przed aparatem…
- Powinno się udać – pomyślałem.
W Przykopie
  








A potem sesja na tle zabudowań Nowego Przykopu. Najpierw widziałem parę. Pozowały w pełnym słońcu. Kiedy odleciały, ich miejsce zajęła kolejna trójka. Prawdopodobnie rodzice z ubiegłorocznym potomkiem. Dorosłe podnosiły nieprawdopodobny klangor. Ogłuszający, gdybym był blisko. A one krzyczały sobie wprost do uszu. 



Po chwili pojawiła się jeszcze jedna para. Przeparadowała na tle odległego bocianiego gniazda. W którym się działo! Wiosennie się działo 😊.


Na bociany wybraliśmy się jeszcze pod wieczór do Butryn. Spacerem przez las za Przykopem. Ktoś orał pole między dwoma opuszczonymi siedliskami: jednym na pagórku pod ścianą lasu, drugim wśród starych lip, pokręconych grabów i nieopodal potężnego klonu. Traktor zwabił bociany, które nadlatywały z Butryn. Kiedy podeszliśmy do kapliczki w czarodziejskim ogrodzie bociany rozgościły się na dobre. Dołączył do nich żuraw, nic sobie nie robiąc z obecności maszyny i ludzi. Byłem zaskoczony. Płochliwy żuraw w środku prac polowych?


Bociany badały każdą świeżo odwróconą skibę brunatnej ziemi. Podlatywały do stawu w polnym zagłębieniu. Było sielsko. Żurawie rano, bociany po południu. Poczułem się wreszcie u siebie. Zaaklimatyzowałem się. Właśnie o to chodziło.





poniedziałek, 9 października 2017

Jesienny smętek - część II



Osika w złotej godzinie

Jesienny smętek nadchodzi już latem. Z odlotem bocianów, z początkiem rykowiska, ze spadającymi z brzóz liśćmi, w towarzystwie zakwitających nawłoci i wrotyczu. We wrześniu zaczynają odlatywać żurawie. Nie jak bociany, które znikają jednego dnia. Żurawie zbierają się w grupki, potem w klucze. Oblatują okolice  przez kilka dni. Krążą nad polami i lasem, pokrzykując. W końcu odlatują. Ich śladem podążają dzikie gęsi. Coraz gęstsze mgły barwią wschody słońca przygaszonymi kolorami. Złota godzina nadchodzi coraz później i trwa dłużej. Już nie muszę wstawać w środku nocy.

Po żniwach

Spacer drugi

Plener dla spacerów

Tym razem słońce dopisało. I mgła też. Przełom września i października kusi takimi właśnie atrakcjami. Akcja dzieje się w takiej oto scenerii. Tuż za ogrodzeniem. Zagajnik brzóz i sosen samosiejek pozwala skrycie podejść na skraj tej malowniczej przestrzeni i podpatrywać zwierzęta.

Krajobraz Nowej Wsi

Zrekonstruowana kapliczka

W pobliżu rosła moja wierzba

Gdzie indziej sceneria jest płaska. Jak w sąsiedztwie polnej drogi z Nowego Przykopu do Nowej Wsi i w sąsiedztwie starych wierzb. Jedna z nich, do której żywiłem duży sentyment, została ścięta. Zamarła i groziła zwaleniem spróchniałych konarów na przejeżdżające pojazdy. Został po niej ślad w Internecie i w projekcie podkrakowskiej nowoczesnej willi.

Wschód słońca nad Przykopem

Tak zaczyna się moja najzwyklejsza pętla spacerowa. Nie zawsze kończy się w ten sam sposób. Dzisiaj spotkałem sarny. Tuż za płotem. Pozowały. Szkoda, że krótko. Próbowałem nie wychylać się spoza gałęzi krzaków, które wyrosły nad rowem melioracyjnym. Wystawiałem tylko obiektyw. Sarny i tak mnie spostrzegły, chociaż patrzyły pod słońce. Cóż…


Patrzą

Patrzą

I patrzą...

Poszły sobie. Chłopak okazał się większym cykorem.

Poszedłem potem drogą między polami, łąkami, krzakami śródpolnej łozy, stawami... Do leśniczówki w Nowym Przykopie. Z wierzchołka stożkowego kemu najdogodniej oglądać wschód słońca. Który powoli ogarnia łąkę i zagajnik rozległego mokradła; stare topole porażone jemiołą; las za Przykopem układający się pasmami w stronę horyzontu… Mgła ozdobiła krajobraz. Rozpraszała kaskady słonecznego blasku. Podkreślała kontrasty… Tak wygląda misterium wstającego dnia...

Smugi

Wrześniowy smętek

Kontrasty we mgle

Kaskada


Myśli

Portrecik Herna

Chyba niegroźny. Przegryzę coś.

Tam trawa jakby lepsza

Ciekawość? Niepokój?

Zajrzałem na polanę, która przylega do moczarowatego stawu pod leśniczówką. Jak zwykle bingo. Byczek nie kwapił się do ucieczki. Pasł się na stoku łąki. Kiedy mnie dostrzegł, długo patrzył w obiektyw. Byłem za krzakami. W dole. Bezruch go uspokoił. Pochylił się ku trawie. Stąpał od kępki do kępki. Znowu spojrzał. Z pyska zwisało naręcze ziół. Nie dość, że brodaty, to jeszcze przyozdobiony. Stojąc na krawędzi pagórka, wyglądał niczym anglosaski Hern, celtycki Cernunnos albo grecki Pan. Na wszelki wypadek odszedł w kotlinkę pod ścianą olch. Powoli zniknął za trawą i gałązkami krzaków wystającymi nad krawędź łąki.

Z trawą w pysku

Hern en face

Uroczysko

Sam zanikający staw okazał się dzisiaj urodziwy. Rozszczepione na konarach drzew światło pogłębiło nastrój jesieni. Drugi staw tuż za drogą też spowiła złota godzina... Poczułem w sobie ciepło…

Uroczysko

Świerkową aleją dotarłem nad rozlewisko w Jaśniewie. Mgła wisiała nad łąką pasmami. Tłumiła dźwięki. Moja ulubiona krowa, staruszka na dożywociu, była na swoim miejscu. Filozofowała… 


Nad lasem krążył błotniak. Kwilił przenikliwie. Ptasi drobiazg uwijał się w gałązkach dzikiej róży i dzikiego głogu. Sójki przelatywały między sosnami na skraju łąki. Przytłumione oczeretami i zaroślami rozlewisko było jednak puste. Żadnego dzika, jelenia czy lisa. Wysoko wędrował klucz żurawi. Na zachód… Ich krzyk spod nieba… Tego nie da się opisać. To trzeba usłyszeć….



Wracałem bezdrożem. Przez łąki i zagajniki. Mijając kozaki, prawdziwki, kanie, maślaki, całe mnóstwo grzybów… Nie sięgałem po nie. Nie przejadłbym ich…


Zaczęło się od saren o świcie i skończyło na sarnie w świetle dojrzałego poranka.