piątek, 23 kwietnia 2021

W zakątku bobrów

 

Odwiedziłem matecznik bobrów. Zszedłem wzdłuż linii energetycznej, zostawiwszy samochód na parkingu przy biskupim trakcie. Było jeszcze szaro, mglisto, zimno. Słońce skradało się za lasem, przynosząc świt. Ptaki śpiewały jak oszalałe. Zagłuszały moje człapanie w drodze o piaszczystych koleinach. Minąłem pochyloną ze starości ambonę. Rozglądałem się po łące zrytej przez dziki. Rozmiękła ziemia parowała. Las odbijał się w strudze rowu i licznych kałużach pokrywających darń. Żadnych zwierząt. Zakątek wydawał się pusty.

Poszedłem najpierw w prawo w poszukiwaniu starego żeremia. Nie odnalazłem jego kopca w gąszczu wysuszonych trzcin, sterczących krzaków, omszałych gałęzi i pni. Jakby się zapadł w grzęzawisku, które pokryło się strugą i kałużami. Na skraju lasu czerniały babrzyska. Zielsko przecinały wydeptane przez zwierzęta czarne ścieżki. Oglądałem misterium brzasku. Słuchałem koncertu. Za doliną szczekał koziołek. Nie z mojego powodu. Coś go zaniepokoiło w lesie…

 

Krzyk żurawi wyrwał mnie z zamyślenia. Zawróciłem ku błotnistej strudze rozdzielającej kem na nierówne części. Prześwit pod linią energetyczną pojaśniał. Podążyłem ścieżką wzdłuż wezbranych rozlewisk. Żurawie kryły się na podmokłej polanie. Spacerowały wzdłuż leśnej granicy. Nie do uchwycenia w szarości, która nadal spowijała dolinę. 

 

Wszedłem w las. Pamiętałem o prześwicie nieużywanej drogi, która kończyła się nieopodal starych nor bobrów. Wydrążonych kilka lat wcześniej, po których pozostały zapadnięte korytarze między zmurszałymi pniami.


Dostrzegłem łabędzia krzykliwego. Spał między kępami martwej łozy pod trzcinowiskiem drugiego brzegu. Ocknął się, słysząc moje kroki. Zakwilił cicho. Znów znieruchomiał, patrząc w obiektyw i rozglądając się wokół. Wyglądał młodo. Sprawiał wrażenie, że wciąż był po opieką rodziców. 



 

 

W pobliżu dostrzegłem parę dorosłych. Samica siedziała na podwyższonym gnieździe na skraju wody. Samiec pływał tuż obok. W ubiegłym roku nie spotkałem ich w mateczniku. Powróciły, sprawiając mi radość.











Słońce zapaliło flary nad rozlewiskiem. Światło przeniknęło przez ścianę lasu, prześwietliło nieśmiałe mgiełki. Łabędzie ożywiły się. Rozmawiały, wymieniając uwagi scenicznym szeptem. W zamglonej perspektywie dostrzegłem ruch. 


 

Para żurawi spacerowała po grzęzawisku między groteskowymi krzakami i kałużami. Krzyczały. Klangor odbijał się od lasu wielokrotnym echem. Filmowałem. Fotografowałem. Mgła zaczarowała chwilę…







Szedłem wzdłuż krętego strumienia przemierzającego trzęsawisko w kierunku starej grobli pamiętającej czas, kiedy spiętrzała wodę napędzającą młyn. Ścieżka wiodła skrajem lasu między przewróconymi drzewami. Przecinała szlaki leśnych zwierząt, które przechodziły dolinę w poprzek po dróżkach wgniecionych w wysuszoną murawę. Strumień rozlewał się kałużami spiętrzanymi przez tamy bobrów. Przenikał przez zarośla. Zmierzał ku starej stromej porębie zarośniętej już dorodnym młodniakiem. Pod nią bobry urządziły staw. 




W zeszłym roku usiłowałem sfotografować jednego osobnika podczas nurkowania w czarnej toni. Dzisiaj lustro wody opadło, odsłaniając dno pełne błota. Zwierzęta urządziły w nim babrzysko. Nieopodal przekicał zając. Nie dał się uwiecznić. Zanim ustawiłem aparat, zdążył skryć się za kłodą i gałęziami niskich świerków.



Przedzierając się przez chaszcze olsu, dostrzegłem parujące jeszcze odchody. Pomyślałem:

- Jelenie.

Zamiast jednak przystanąć, zastanowić się, co dalej, brnąłem przez rumowisko i zawilce, depcząc suche patyki… Usłyszałem chlupot. Zwierzęta przeprawiały się przez rozlewisko. Przemieszczały się za gałęzią sosny.  Fotografowałem na oślep. Na ekranie wyświetliły się tylko rozmyte kształty. Sesja dobiegła końca, zanim na dobre się zaczęła.

Potem przyjrzałem się tamie. Była zaniedbana. Bobry porzuciły to miejsce. Drągi opadły pod naporem śniegu. Woda w rozlewisku nieubłaganie opadała.


Wał polodowcowego kemu kończył się przed sosnową wyspą wystającą nad zaroślami mokradła. Za nią była już grobla. Nie próbowałem przejść przez grzęzawisko. Pozimowa trawa była zalana. Wszędzie błyszczały kałuże. Obszedłem cypel. Ścieżka poprowadziła wzdłuż drugiej doliny wypełnionej wodą spiętrzoną przez bobry. Wzdłuż starej poręby, gdzie przed dziesięciu laty czarne bociany założyły gniazdo na rosłym dębie. Kiedy ścięto wokół niego sosny, ptaki jeszcze przez dwa lata usiłowały gniazdować w pobliżu. Spotykałem je właśnie w tej dolinie, brodzące w strumieniu i na polanie Pachy między Bałdzkim Piecem a Łajsem. Potem zniknęły. Miały pecha. Ich obecność nie konweniowała z zaplanowaną wycinką drzew. Na nic przepisy o ochronie tych niezwykłych ptaków. Administracja Lasów Państwowych kieruje się własną pokręconą logiką, w której nie miejsce dla stref ochronnych i czasu ptasich lęgów.


Wracając do domu, minąłem ciągnik z harvesterem zmierzający za Bałdy na kolejną drzewo-rzeźnię. W kwietniu, podczas apogeum ptasich lęgów, gdy drzewa są pełne soków, a ich drewno nie nadaje się do bezpośredniego użycia. W Prusach nikt nie wycinał drzew o tej porze roku. Następne pokolenia będą więc przeklinać dziadersów z ALP za ich barbarzyńską spuściznę.




W drodze powrotnej sfotografowałem sarnę. Pasła się na skraju łąki pod lasem w plamie słońca. Po sylwetce znać było, że kotna. Jeszcze tydzień, dwa i będzie matkować. Skończyła sesję, chowając się za krzakami wikliny.


 

Opuszczając komysze bobrów, spotkałem jeszcze koziołka. Ładnie prezentował się na tle oświetlonej trawy za wysuszonym wiatrołomem.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza