sobota, 7 października 2017

Jesienny smętek nadchodzi - część I



Jesienny smętek

Jesienny smętek nadchodzi już latem. Z odlotem bocianów, z początkiem rykowiska, ze spadającymi z brzóz liśćmi, w towarzystwie zakwitających nawłoci i wrotyczu. We wrześniu zaczynają odlatywać żurawie. Nie jak bociany, które znikają jednego dnia. Zbierają się w grupki, potem w klucze. Oblatują okolice  przez kilka dni. Krążą nad polami i lasem, pokrzykując. W końcu odlatują. Ich śladem podążają dzikie gęsi. Coraz gęstsze mgły barwią wschody słońca przygaszonymi kolorami. Złota godzina nadchodzi coraz później i trwa dłużej. Już nie muszę wstawać w środku nocy.

Nawłoć i mgła

Spacer pierwszy

Pod koniec września i rykowiska pogoda ustaliła się na dobre. Zamykając furtkę, słyszałem porykiwanie jeleni. Dochodziło od strony Nowych Ramuk. Pomyślałem:
- To nie byki. Ktoś próbuje je wabić.

Brzoza odchodzi

Szedłem przez smętne pole. Brzask ledwo przebijał powłokę chmur. Wokół panował spokój. Ptaki, jeśli gadały, to dla zaznaczenia terytorium lub swojej obecności. Sikory, mazurki, trznadle, pliszki przelatywały z krzaka na krzak. Sójki krzyczały ostrzegawczo. Wiewiórki cmokały, spacerując po sosnach. Ścierniska na polach i skoszone łąki były jednak puste. Szedłem krętą drogą obok kęp nawłoci, podkolorowanych drzew. Mijałem łany kukurydzy w oddali. I stawy, które wezbrały po wielodniowych opadach. Obchodziłem błotniste kałuże i koleiny. Fotografowałem obumarłą brzozę. Drzewa jak ludzie. Też odchodzą. Pozostają po nich zdjęcia…

Krajobraz Nowego Przykopu

Słońce próbuje wyjrzeć

Wschód słońca widziany ze stożka pagórka obok leśniczówki w Nowym Przykopie nie zachwycił. Chmury zasłoniły tarczę. Blask przebijał z trudem powłokę nad horyzontem. Mgła ścieliła się nad łąką i mokradłem zagajnika. Przemoczywszy buty i spodnie, zszedłem nad zarośnięty staw, który od lat nie może odzyskać swojej tafli. W oczeretach wychowywały się łabędzie, czarne kury. Ktoś łapał karasie. Po kilkuletniej suszy zostało trzęsawisko. Woda ujawnia się ledwo widocznymi z drogi czarnymi kałużami. Kładka rozpadła się. Dając świadectwo przemijania czasu…

Zauważył mnie

Gdy światła brak

Potęga skoku

Za krzakami ujrzałem stadko jeleni. Byk, chyba ósmak, nie dał szansy na sesję. Spłoszony przeskoczył rów. Zniknął pod olchami. Łanie podążyły za nim. Bez panicznego pośpiechu. Raczej niechętnie. Doliczyłem się czterech. Przekroczyły drogę do Pokrzyw. Po chwili zamieszanie zgasło. Na zdjęciach sylwetki zwierząt wyszły zamazane. Za mało światła.

Stadko

Poszedłem aleją do rozlewiska. Słońce przeglądało coraz śmielej przez chmury, oświetlając wnętrze świerkowego tunelu. 

Świerkowa aleja

Zszedłszy ku sosnom wzdłuż drogi z Nowego Przykopu, dostrzegłem trzy młode byki. Szpicaki. Dwa z nich rogowały. Trzeci tylko patrzył w stronę brzozowego zagajnika. Nie były czujne. 

Szkolna przepychanka

Poszedłem więc pod wieżę telekomunikacyjną. Liczyłem na spotkanie z grupką jeleni spod leśniczówki. Było jednak pusto. Sfotografowałem swoją ulubioną krowinę na dożywociu – altmajerówkę rasy czerwonej polskiej. Zamruczała na mój widok. Po chwili znowu zagarniała trawę jęzorem.

Altmajerówka rasy polskiej czerwonej


Od strony słońca nadleciały łabędzie krzykliwe: rodzice i trójka wyrośniętej młodzieży w szarym jeszcze upierzeniu.
- Próbny lot? – pomyślałem w duchu.
Rodzina zatoczyła obszerną pętlę nad rozlewiskiem, trzymając się wierzchołków sosen noworamuckiego lasu. Zawróciła nad Nowy Przykop. Dorosłe ptaki pokrzykiwały nieśmiało. Jakby wydawały krótkie komendy, przywołując młodzież do porządku. W końcu zniknęły za brzozami.











Chmury topniały. Słońce prześwietlało drzewa zagajnika. Pajęczyny srebrzyły się na chwastach. Po nitkach spływały kropelki rosy. 




Wszedłem na łąkę. Młode byki zeszły nad rozlewisko. Podchodziłem je za osłoną gęstej łozy. Próbowałem fotografować między gałęziami. Aparat nie ostrzył na sylwetkach zwierząt. Wyszedłem więc śmielej. Jelenie były jak otumanione. Delikatna mgiełka. Cisza. Sójek nie było w pobliżu. Nie podniosły alarmu. Słońce za plecami utrudniało ocenę zagrożenia.





 

Sesja trwała i trwała. Powleczona kolorami jesieni i oświetlona światłem złotej godziny zieleń mokradła stanowiła niezwykłe tło dla młodych byków. Dźwigały swoje nieimponujące poroże chyba pierwszy raz w życiu. Nie bardzo wiedząc po co. Kiedy całkiem wyszedłem spoza krzaków, postanowiły odejść w głąb matecznika. Bez pośpiechu. Jakby miały wątpliwości, czy warto ustępować pola namolnemu fotografowi. Usłyszałem chlupot deptanej wody i szelest rozgarnianych oczeretów. W końcu głowy i patyki nieśmiałego poroża zniknęły w zaroślach. 





Nastała cisza. Którą po chwili rozdarło kwilenie błotniaka nad brzeziną. Pomyślałem:
- Jesienny smętek nadaje.
Poczułem wzbierającą nostalgię.




Trząsłem się z zimna. Spodnie i buty całkiem przemiękły. Rosa oblepiała dosłownie wszystko. Szedłem krok za krokiem do wsi. Mimochodem sfotografowałem uciekającego z łąki zająca. Jak mnie usłyszał w zamglonym powietrzu? Jak wypatrzył pod słońce, którego światło rozpraszało się we mgle niczym świetlny całun?...



Wieś witała tablicą i widokiem klonów nad drogą do Nowej Wsi. Drzewa przystrajały się pasemkami gałęzi obsypanych liśćmi w jesiennym makijażu.

poniedziałek, 29 maja 2017

Rankiem w Przykopie


Mika trąciła rękę nosem. Otworzyłem jedno oko. Spojrzałem w okno. Pojaśniało. Domyśliłem się, po co mnie trąca. Otworzyłem drugie oko. Z trudem zebrałem się z łóżka. Z trudem ubrałem. Ledwo trafiłem w drzwi. Ale nie zapomniałem o aparacie, obroży, smyczy, tych wszystkich akcesoriach niezbędnych podczas spaceru za płotem. Mika już podstawiała łepetynę. Wiedziała, o co idzie. Obroża zapięta. Aparat uruchomiony. Bramka otwarta. Po chwili zamknięta. Psia radość nie ma granic. Ogon prawie odpada… Idziemy.


Najpierw przez trawę do kolan pod brzozami, potem przez łąkę obok stawu, który pierwszy raz od czterech lat napełnił się wodą i zwabił żaby, a za nimi bociany, dzikie kaczki, żurawie. Raz nawet pojawiła się czapla. Tylko raz, by odlecieć z niesmakiem. Bezrybie. O sarnach i dzikach nie wspominam, bo lubią tu co i raz zajrzeć o świcie i napsocić. Dzisiaj jednak ich nie było.



Mika przeprowadziła mnie swoją ścieżką na polną drogę. Pobiegła ku skoszonej łące. Coś wywąchała. Zabawiła chwilę. Pobiegła w trawę, wzniecając kurzawę z dmuchawców. Zakąsiła świeżymi listkami. Stanęła nad rowem. Wąchała wiatr.






Z daleka wypatrzyłem zająca, który zaległ w smakowitej trawie. Położył uszy po sobie… Zdawał się mówić:
- Nie ma mnie, nie ma mnie.
Na zdjęciach wyszło, że spał. Jego oczy zamieniły się w szparki. Słońce ukoiło ciepłem, otuliło poczuciem bezpieczeństwa...









Mika spojrzała na niego i… odpuściła. Wiedziała, że jej krótkie łapy nie na skoki szarego sprintera. Odwiedziła więc staw.

Ja za nią. Zając, którego się nawarmiłem (to teraz słowo wytrych – wszystko oznacza), odbiegł ku bruzdom, krzakom i zdziczałym gruszkom na pagórku. Zniknął za rowem. Z chwili pozostało ulotne wspomnienie. 



Mika jednak wiedziała, czego szukać. Kaczory zerwały się z suchych pozimowych oczeretów, wzniecając popłoch. Koncertujące żaby zamilkły. Czajki uniosły się w powietrze, by sprawdzić, kto im grozi. Sójki podniosły larum. Kukułka wtrąciła swoje trzy grosze. Dzięcioł się dorzucił. Nad szpalerem przydrożnych dębów i klonów przeleciały klangorząc żurawie…




Nie wszyscy ulegli panice. Nad odnowionym rowem, za pryzmą czarnoziemu siedział kolejny zając. Patrzył na północ zafascynowany trawą głaskaną przez wiatr. Podchodziłem go. Mika go podchodziła. W końcu znudzona pognała w inną stronę. Zwabił ją nowy zapach. Pomyślałem więc o zającu:
- Niech trwa w nirwanie…


Łąka mamiła. Idąc między rzędami wykoszonej trawy, szukałem zwierząt i ptaków do foto-sesji. Żurawie krzyczały za pagórkiem. Nie uległem jednak pokusie. Nie chciałem narażać piskląt, które o tej porze mają rozmiary dojrzałego brojlera, na spotkanie z Miką, a Miki na utratę oczu od uderzenia dziobem.





Za to wypatrzyłem sarnę pod brzeziną. Była daleko. Za nieskoszoną trawą sięgającą pasa, za błotem w rowie, za chaszczami śródpolnej kępy. Robiłem więc zdjęcia skąd przypadek zdarzył. Bez satysfakcji. 









Pomyślałem więc, co by do niej spróbować okrężną drogą. Ze słońcem za plecami. Czujna jednak była. Zapamiętała obraz otoczenia, zanim przyszedłem. Zaniepokojona zmianą patrzyła mi w oczy. W końcu pobiegła między brzozy.








Mika zawróciła. Namówiła spojrzeniami i gestami do dalszego spaceru drogą ku leśniczówce. Jak tu nie wierzyć, że zwierzaki kombinują bardziej, niż paragrafy dopuszczają. Zrozumiałem aluzję i zachętę. Poszedłem za nią. Nie pożałowałem.








Najpierw malownicze obrazy oglądanych od lat krajobrazów z zamarłą brzozą, bohaterką wielu wcześniejszych udanych zdjęć. 











 
 Opatulone od spodu świeżą zielenią i kwiatami drzewo wyciągało ku niebu martwe konary i gałęzie. Znad łąk nadleciało stadko kaczek, szukając wody.

Z pobliskich krzaków nad rowem i przydrożnych drzew dobiegał śpiew zaaferowanych ptaków. Za nic nie chciały pozować. Za nic miały gwiazdorstwo. Namawiałem w myślach, kusiłem karierą w necie. Żadnego odzewu, zastanowienia, żadnej ludzkiej kalkulacji. W myślach słyszałem o czym świergoliły:
- Dzieci głodne. Człowiek nie ma czasu taczek załadować, tyle roboty. A ty o jakiejś karierze w necie. Spieprzaj dziadu!
No to spadłem…

Mika stanęła na drodze w pobliżu kępy malowniczych topól obrzuconych jemiołą. Tym ogromnym drzewom zostało już niewiele czasu. Zamierają. Kiedy zostaną prewencyjnie ścięte, pozostanie po nich wyrwa w krajobrazie…








Mika nie stanęła przypadkiem. Kątem oka zobaczyłem sarnę w gąszczu baldachowatych kwiatów barszczu zwyczajnego (nie mylić z barszczem Sosnowskiego) i kozłka lekarskiego. Prezencja, elegancja, czujne spojrzenie, niepewność w oczach, zastanowienie:
- Uciekać, nie uciekać… Gość niewymowny jakiś… Chyba niegroźny… Tylko dlaczego się gapi przez lufę jakąś?...




Mika zamarła. Ja zamarłem. Sarna zamarła… W końcu odeszła (nie uciekła) między krzaki pobliskiej łąkowej wierzby.

Wróciliśmy więc do domu. Ja i szczęśliwy bo zakurzony pies.








Przed samą wsią dostałem jednak kolejną nauczkę. Właśnie chowałem aparat i monopod do plecaka, nie spodziewając się więcej przygód, gdy znad domu nadleciała para żurawi. Słyszałem je jeszcze za drogą, lecz do głowy mi nie przyszło, że zechcą pozować na tle zamglonej słonecznej tarczy. Zanim aparat odpalił, zanim obiektyw ustawił się na maksymalne zbliżenie, najcudowniejsze ujęcie poranka odpłynęło w przeszłość. Zapomniałem, po co noszę aparat, chociaż na własnych blogach napisałem jak wół:
- Po prostu lubię fotografować. To świetny pretekst, by wychodzić w plener o każdej porze dnia i nocy i chwytać najciekawsze chwile. Aparat fotograficzny sprawił, że świat wokół stał się atrakcyjny. Nadał właściwą rangę sprawom, które dzieją się z moim udziałem. Odkryłem, że nie trzeba wędrować poza nieosiągalny horyzont, by poznać piękno świata. Czasem wystarczy przekroczyć próg własnego domu.

Wystarczy przekroczyć próg własnego domu… A ja na progu tego domu chowam aparat, zamiast zachować harcerską czujność!

Na pocieszenie – żuraw i słońce z ubiegłego roku.


I wszystko to przez mojego psa cierpiącego na bezsenność.