 |
Lubię zmrożony świt. |
Lubię zmrożony świt. Bezwietrzny. Narastające
światło na wschodzie. Bezruch. Pola pokryte szadzią.
 |
Lubię narastające światło o wschodzie |
Trawę trzeszczącą pod
stopami. Przestrzeń wypełnioną śpiewem ptaków, werblami pobudzonych dzięciołów,
klangorem żurawi spacerujących po zamarzniętych grudach.
 |
Lubię drzewa bez liści tworzące fraktalne grafiki. |
Drzewa bez liści
tworzące na tle nieba i leniwie sunących obłoków fraktalne grafiki. Nastrój złotej
godziny, gdy słońce zaczyna wyłaniać się spoza linii horyzontu.
 |
Nie tylko ja lubię nastrój świtu. |
Własną
samotność na polnej drodze, na ścieżkach wydeptanych przez dzikie zwierzęta w
zaroślach zmacerowanych przez zimę.
Obrazy śródpolnych stawów pokrytych
warstewką pomarszczonego lodu; brzozowych zagajników prześwietlonych przez
słońce;
krzaków łozy pokrytych welonem nieśmiałych bazi; miedz rozdzielających
zagony, pola od łąk; pagórki i zagłębienia terenu pokryte szorstką sierścią
trawy budzącej się do wegetacji; ów przyjazny i otwarty krajobraz między
Przykopem i Altmajerówką…
 |
Kaczusie |
Lubię ten stan ducha, przez który kroczę z
aparatem fotograficznym w ręku, rejestrując napotkane obrazy, ulotne chwile,
wrażenia, krzyżówki startujące spomiędzy zarośli pałki wąskolistnej dźwigającej
kwiatostany przypominające postrzępioną watę;
żurawie przelatujące na tle kępy
starych lip i wierzb pokrytych patyną porostów; dzięcioły opukujące suche
konary; myszołowy krążące nad głową w godowym kontredansie…
Tylko bocianów brak. Wciąż nie nadlatują. Wszędzie
puste gniazda od Butryn do Nowej Wsi. Brakuje mi ich klekotu.
Skradam się między krzakami, za zasłoną skarp
i pagórków, szukając lisów, saren, jeleni. Wszędzie pusto. Zabudowania
rozrzuconych bez planu zagród wciąż widoczne między bezlistnymi drzewami i
wierzchołkami pagórków. Milczące. Opowiadające historię egzystencji bez słów.
Antropolog odczytałby z tych zdjęć więcej niż każdy z nas. Wysnułby historię
życia z wyglądu domu, zagrody, podwórka, sprzętów, najbliższego i dalszego
otoczenia…
Nie zatrzymuję się długo. Chcę nad rozlewisko.
Pierwszy raz w tym roku. Przechodzę przez znajomą drogę do Altmajerówki. Obok
pniaka po brzozie, która rozpadła się ze starości. Zachwycałem się nią jeszcze
kilka lat temu, gdy dźwigała potężną koronę skrywającą gniazda. Nie
przypuszczałem, że tak szybko zamrze z powodu przeciągającej się suszy.
Skradam się między sosnami. Łąka do rozlewiska
jest jednak pusta. Stąpam po osrebrzonej sierści. Trawa jeszcze nie ruszyła do
wegetacji. Zawilce jeszcze nie wypuściły listków. Przede mną cisza krajobrazu.
Bezruch.
Lustro rozlewiska odbija każdy szczegół brzeziny na drugim brzegu.
Podchodzę do sosny. Jej pień rozwidlający się na mocarne konary dowodem
burzliwego życia. Lubię na nią patrzeć.
Spod jej gałęzi fotografuję krzyżówki
pluskające w przesmyku między wydeptanymi przez dziki brzegami, gągoły
flirtujące pod zaroślami łozy. Jest błogo. Stoję nad zastygłą wodą. Wszędzie
śpiew wiosny. Słońce dotyka twarzy. Zamykam oczy. Zamyślam się…
Kiedy podchodzę do przesmyku, płoszę stado
kaczek. Rozlewisko wypełnia kwakanie. Ptaki przelatują nad wodą, siejąc panikę.
Uciekają w matecznik rozlewiska za kępy łozy i wikliny. Pod las. Gągoły
odpływają.
Z niepokojem patrzę na niski poziom wody. Rozlewisko znowu wysycha.
Zima bez śniegu i deszczu zwiastuje suszę. Tam, gdzie pływały łabędzie
krzykliwe z młodymi, chodzę po zmarzniętym błocku, fotografując kurczącą się
taflę wody. Tam, gdzie fotografowałem czaplę, która przypadkiem wpadła w kadr,
startując z oczeretów, wyrosły pędy wikliny…
Żegnam cichy akwen. Wracam, skąd przyszedłem.
Krętą ścieżką między zagajnikami, kępami drzew i łozy, śródpolnymi stawami,
między pagórkami, szukając zwierząt do fotografowania, po wierzchołkach
wzniesień, mijając samotne gospodarstwa i leśniczówkę nieopodal strzelistych
topól, przyciągających uwagę…
Patrząc w lukę między ich konarami dźwigającymi
kule jemioły, dostrzegłem dwie plamki na łące. Jakim cudem?
Wycelowałem obiektyw. Rozpoznałem znajome
kształty. Jelenie. Pasły się na zboczu wzniesienia pod zagajnikiem
oddzielającym Pokrzywy od Nowego Przykopu. W linii prostej co najmniej pół
kilometra. Bez szans, by podejść. Musiałbym zejść do drogi, przejść przez
śródpolne bagno i rów melioracyjny, wspiąć się na kem pod leśniczówką…
Nakazałem sobie:
- Skup się.
Ustawiłem maksymalny zoom. Jelenie skubały
zmrożoną trawę. Najpierw dwa. Patrzyły w obiektyw. Nastawiały uszy. Nie
dostrzegały zagrożenia. Po chwili zobaczyłem trzeciego jelenia. Były spokojne
acz czujne. Nie jadły jednocześnie. Któreś zawsze obserwowało otoczenie. Na
pierwszy rzut oka sielanka. Łania przewodniczka zaczęła drapać szyję kopytkiem
tylnej nogi. Zabawny widok. Do stadka dołączył czwarty. Sądząc po wielkości
chyba roczny. Przesuwały się bez pośpiechu za kępę brzóz. Seans dobiegał końca.
Łąkę na pagórku zasłoniły kolejne drzewa, gdy próbowałem znaleźć lukę między
konarami.
Kaczki, które fotografowałem kilka dni
wcześniej, uparły się chyba na ten niewielki staw. Czyżby szykowały gniazdo?
Szanse na wyprowadzenie lęgu żadne. Staw tuż przy drodze. Podatny na suszę.
Zarośla skąpe. Żadnej osłony przed drapieżnikami. Wyszły z wody i spacerowały
po zbronowanym polu. Nie kwapiły się do ucieczki. Kiedy od nich odchodziłem,
dreptały wzdłuż tającej w promieniach słońca łąki.
Jeszcze tylko zdjęcia moich ulubionych brzóz i
drogi, jeszcze rzut oka na krajobraz w stronę Nowej Wsi, jeszcze łąka… I oto
dom. Nagrzany domowym ogniskiem…